III. Dimitry
Leniwie wpatrujesz się w cienie, rzucane przez drzewa za oknem na białą ścianę; jest południe, ale dla ciebie równie dobrze mogłaby być północ. W końcu czas jest tylko złudzeniem, czyż nie? Nie możesz go zobaczyć, dotknąć, zatrzymać, czy cofnąć.
Otwierasz kolejną butelkę mugolskiej Whiskey; przez chwilę delektujesz się jej odurzającym zapachem. Potem mrużysz oczy i nagle znów widzisz jej twarz; nie możesz wyrzucić jej z pamięci.
Upijasz łyk alkoholu, a obraz Evey powoli zaczyna rozpływać się we mgle.
I wtedy ktoś puka do drzwi. Klniesz głośno, nadal słysząc ten irytujący odgłos rozbrzmiewający w twojej skacowanej głowie, po czym ociężale podnosisz się z perskiego dywanu i najszybciej jak tylko możesz podchodzisz do drzwi. Nie chcesz ryzykować; w końcu nieznośny pukacz może zapukać jeszcze raz.
- Witaj, Dimitry. – Słyszysz znajomy głos.
Podnosisz wzrok znad butów i spoglądasz na twarz przyjaciółki; nie zmieniła się prawie wcale od czasu kiedy widziałeś ją po raz ostatni. Jej rysy twarzy nadal dziwią cię swoją delikatnością, a mały, prosty nosek pokryty jest niewyraźnymi piegami. Nawet jej włosy, niegdyś starannie ułożone, a teraz splątane w swoim nieładzie zdają się być takie same. Tylko wyraz jej oczu jest inny.
– Matka powiedziała, że jeśli nie wyjdę z domu, to mnie z niego wyrzuci. – Jej głos dociera do ciebie z chwilowym opóźnieniem. – A nie mam dokąd pójść.
- Wejdź – mówisz cicho, ale z wyraźną chrypką. Alkohol ci szkodzi, Demetriuszu. – Dopiero się wprowadziłem.
I co z tego, że mieszkasz tu prawie dwa lata. Szczegóły są nieistotne, a czas, jak wcześniej stwierdziłeś, względny. Tylko dlaczego nadal się nie rozpakowałeś? Nie miałeś na to czasu? Mieszkasz wśród białych ścian i śpisz na materacu. Zabawne.
Tiffany wzrusza ramionami i wchodzi do środka. Niepewnie rozgląda się dookoła, szukając czegoś, na czym mogłaby usiąść.
- W pokoju obok jest materac.
- Nie masz żadnych innych mebli?
Kręcisz przecząco głową. Jest tylko dywan, ale on chyba nie jest meblem.
- Wyszła za niego, Dim. – Tiffany nagle rozpłakała się. - Jest jego żoną, rozumiesz? Nawet nie wysłała mi zaproszenia na ślub.
- I tak byś na niego nie poszła – mówisz cicho, siadając obok niej i czule obejmując ją ramieniem.
Pamiętasz, kiedyś tak samo obejmowałeś Evey. Mocno wciągasz powietrze, ale nie czujesz ani odrobiny zapachu pomarańczy.
***
- Kiedyś przez ciebie zginiemy – mruknął Junior, jeszcze bardziej przybliżając się do kamiennej ściany korytarza.
Dimitry parsknął śmiechem; w zaistniałej sytuacji nie było to najmądrzejszym pomysłem, biorąc pod uwagę echo, które wyniosło ten odgłos na wyższe kondygnacje zamku i w każdym momencie mogło ściągnąć na nich uwagę Filcha. A profesor Abbot-Longbottom*, opiekunka Hufflepuffu, najbardziej ze wszystkiego nie znosiła nocnych wycieczek po zamku.
- Zamknij się wreszcie – Lesly machnął ręką, chcąc szturchnąć przyjaciela w łopatkę, ale jego dłoń natrafiła tylko na ciemność, za to on sam stracił równowagę i runął na posadzkę.
- Cholera, Junior – szepnął Dimitry, z trudem powstrzymując śmiech. – Kiedyś przez ciebie zginiemy.
- Oczywiście, przeze mnie – warknął złowrogo niższy brunet, zdecydowanie głośniej, niż powinien. – Kuchnia jest na tym samym piętrze, co nasze dormitorium, czy to nie jakiś znak? - zaczął przedrzeźniać głos przyjaciela – Wyjdziemy z Pokoju Wspólnego, przemkniemy niezauważeni korytarzem, a w kuchni będzie czekać na nas góra jedzenia. Wiesz co ci powiem, Brickhead? W dupie mam ciebie i twoje genialne pomysły. Zginiemy marnie, mówię ci.
- Ale przynajmniej Tiffany będzie zachwycona, że poległeś w katuszach, torując sobie drogę do wolności jedzenia.
- Nienawidzę cię – mruknął.
- Cicho.
Dimitry zatrzymał się gwałtownie. Zdawało mu się, że usłyszał jakiś hałas; nie było to powolne szuranie, zwiastujące panią Norris ani miarowe sapanie, typowe dla Filcha. Mógł przysiąc, że w korytarzu znajdował się jeszcze ktoś…
-
Lumos! – usłyszeli dziewczęcy głos i nim zdążyli cokolwiek zobaczyć, oślepiło ich jaskrawe światło. – Co wy tu robicie? – zapytał głos.
- Nic - Dimitry kilkakrotnie zamrugał oczami, starając się przyzwyczaić do nagłej jasności. Podniósł wzrok napotykając zmieszane spojrzenie Tiffany McDonnald. – A co wy tu robicie?
Junior wpatrywał się tępo w stojące przed nim dziewczyny; obie miały na sobie tylko koszule nocne, a to zdecydowanie było dla niego zbyt szokujące. Starał się skupić na tym, że znajdowali się tuż przed obrazem, prowadzącym do kuchni. To nie było łatwe.
- Nic – Blondynka, wzruszyła ramionami, nieznacznie opuszczając różdżkę.
- Cześć, Michelle. – powiedział Junior, nerwowo wkładając dłonie do kieszeni szlafroka.
„Idiota, idiota, idiota”, pomyślał.
Ruda dziewczyna zachichotała i najpewniej nie zdając sobie z tego sprawy, poprawiła kręcone włosy. Lesly zmieszał się jeszcze bardziej i z udawanym zainteresowaniem zaczął przyglądać się swoim kapciom w kształcie piesków.
- Więc… – zaczął Dimitry, w tym samym momencie, w którym otworzył się obraz prowadzący do kuchni i zza framugi wyjrzał profesor Longbottom.
Junior sam nie wiedział, czy ma się cieszyć, czy zacząć płakać. Z całą pewnością, profesor Longbottom był najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, ale właśnie przyłapał ich na nocnym spacerze po zamku i Merlin jeden wiedział, jak zareaguje. „Szczególnie” pomyślał z przerażaniem „Że jest opiekunem Gryffindoru.”
- Co wy tu robicie? – zapytał.
- Nic – odpowiedzieli chórem.
- To pójdźcie to robić gdzieś indziej. – Posłał im rozbawione spojrzenie – A was… – tu wskazał na Tiffany i Michelle – nie widziałem i nie chcę widzieć.
Junior odetchnął z ulgą; ale problem koszul nocnych nadal przyprawiał go o szybsze bicie serca i doskonale wiedział, o czym będzie śnić tej nocy.
*W jednym z wywiadów, J.K Rowling zdradziła, że Neville Longbottom ożenił się z Hanną Abbot. Uznałam, że było by zabawnie, gdyby oboje trafili do Hogwartu jako nauczyciele i zostali opiekunami dwóch domów, z których pochodzili: Neville – Gryffindoru, a Hanna – Hufflepuffu.
***
Austin z dumą patrzył na swoich Huncwotów.
Był idealnym Jamesem Potterem – mimo, że nie nosił okularów, nie miał ani kruczoczarnych włosów, ani orzechowych oczu, nie potrafił zamieniać się w jelenia i nadal nie mógł znaleźć swojej Lily Evans. On, Austin Cribbs, szukał dziewczyny, której wszyscy będą mu zazdrościć – chciał zawistnych spojrzeń i podziwu. Dla samego siebie, oczywiście.
Na razie musiał zadowolić się Tiffany. Trzeba było przyznać, że była ładna, utalentowana i w nim zakochana, ale nie miała tego czegoś. Z racji braku lepszej kandydatki musiała wystarczyć.
- Śmierdzi tu – mruknął Junior.
Blondyn nie zwracał na niego uwagi, był zbytnio pochłonięty podziwianiem swojego dzieła.
Syriuszem był Chase McGowan - wysoki, szczupły chłopak, który miał typowe, arystokratyczne rysy, dodatkowo zaakcentowane przez półdługie, kruczoczarne włosy. Zawsze przytakiwał jego popisom, nie szczędził mu komplementów i z natury był typem żartownisia – objawiało się to tym, że od czasu do czasu wsadził jakąś toaletę, dolał komuś coś do herbaty, albo po prostu starał się rozweselić uczniowską część szkoły i doprowadzić nauczycieli do białej gorączki. Zazwyczaj świetnie mu to wychodziło. Może i nie był dobrym materiałem na przyjaciela, bo wszystko, co mu się powiedziało, uparcie powtarzał pozostałej części szkoły, ale na Huncwota nadawał się wprost idealnie.
Ze znalezieniem Petera Pettigrew nie miał najmniejszego problemu: podczas pierwszej podróży łódkami do zamku, po prostu wpadł do wody, a na ceremonią przydziału dotarł umorusany błotem i glonami. Mimo upływu lat, Lesly Harper, nadal był niezdarny i robił z siebie pośmiewisko, wszędzie się za nimi włóczył i, jakby myślał, że tego nie zauważy, zazdrościł mu wszystkiego. Potencjalnie problematyczne było tylko to, że gadający kapelusz umieścił go w Hufflepuffie, czyniąc go tym samym pełnowymiarowym Puchonem. Austin postanowił jednak zignorować ten szczegół i uczynił go swoim Glizdogonem.
Najwięcej problemów miał ze znalezieniem odpowiednika Remusa Lupina, głównie dlatego, że w Hogwarcie aktualnie brakowało wilkołaków. Po kilku pierwszych tygodniach nauki w Hogwarcie jego wybór padł na Dimitry’ego Brickmana – od razu można było zauważyć, że był najrozsądniejszy z ówczesnych pierwszorocznych, ale od czasu do czasu nie miał nic przeciwko „naginaniu” regulaminu.
- Dlaczego zawsze musimy siedzieć w kiblu? - Junior najwyraźniej znowu był niezadowolony.
- Bo Dimitry ostatnio lubi w nich przebywać. - Austin nie mógł się powstrzymać, aby nie dotknąć w czuły punkt przyjaciela. Wiedział, że jest bezkarny; Brickman nie odważyłby się odpowiedzieć przy świadkach. Zdawał sobie sprawę, że o tym, co stało się w wakacje wiedzą tylko oni dwaj i Evey, a gdyby przypadkiem usłyszał o tym siedzący na parapecie Chase, byłoby prawie pewne, że równie szybko dowiedziałaby się cała szkoła, stawiając jego małą, biedną Krukoneczkę w jeszcze bardziej żałosnej sytuacji. - Szczególnie w tych damskich.
Dimitry tylko zacisnął pięści.
***
Przystanął na chwilę i spojrzał na nią zza zakrętu. Stała samotnie, pośrodku jednej z wąskich uliczek Hogsmeade z głową odchyloną pod dziwnym kątem i wpatrywała się w swoje odbicie w brudnej szybie. Wytężył wzrok i spojrzał na nią uważniej. Była dość wysoka, jak na szesnastolatkę, ale i tak sięgała mu zaledwie do ramienia. Długie, kasztanowe włosy okalały okrągłą twarz, która miała w sobie coś chochlikowatego. I ten zapach pomarańczy…
- Mój nos jest za duży – powiedziała głośno, nie odrywając wzroku od swojego odbicia.
- Wcale nie – odpowiedział, wychodząc z ukrycia. Według niego miała bardzo ładny nosek; prawie całkowicie prosty, ale gdyby przyjrzeć się bliżej, czubek był lekko zadarty do góry.
Brunetka potrząsnęła przecząco głową.
- Wy, mężczyźni, nic nie wiecie o nosach.
- Tylko przez niego oddychasz, nie musi być ładny. – Zaśmiał się wesoło, owijając sobie kosmyk jej włosów wokół palca.
- Widzisz, mówiłam, że jest brzydki. – Evey odwróciła się do niego plecami i skrzyżowała ręce na piersiach. Dimitry miał ochotę parsknąć śmiechem; zawsze, kiedy była zła albo oburzona, zaczynała zachowywać się jak rozwydrzona pięciolatka: obrażała się, tupała nogą, kilka razy nawet pokazała mu język. Jego zdaniem było to jedynie urocze.
-To gdzie idziemy? – zapytał szybko, nie ukrywając, że chce zmienić temat. Naprawdę podobał mu się jej nos, ale wiedział, że nie będzie w stanie udowodnić jej, że to prawda. Jej teorie były święte i nie należało ich zmieniać.
- Niespodzianka. Teleportuj nas pod mój dom. – Złapała go niecierpliwie za rękę. - Mam nadzieje, że pamiętasz, gdzie to jest. – dodała, widząc jego niepewny wyraz twarzy.
Dimitry tylko skinął głowę.
Zamknął oczy i skupił się na celu. Cel. Wola. Namysł. Nagle ogarnęła go ciemność, która stopniowo zaczęła na niego napierać i wtedy wszystko ustało.
Znajdowali się w Buckie – małym miasteczku portowym w hrabstwie Moray – tuż przed jednym ze starych, szeregowych domków przy Blairduff St.
- Nie musiałeś teleportować nas aż tak dokładnie. – Z lekkim opóźnieniem dobiegł do niego głos Evey. Po raz kolejny utwierdził się w przekonaniu, że teleportacja mu nie służy. – Nie mam ochoty przypadkiem natknąć się na tatę, albo, co gorsza, na jedną z sąsiadek.
- Gdybym wiedział, że stanę się twoim osobistym środkiem transportu, pomyślałbym dwa razy, nim przystąpiłbym do egzaminu. – Kilkakrotnie zamrugał; ciągle widział wielkie, czarne plamy i bynajmniej nie było to zabawne – Dokąd teraz?
- Zamknij oczy – powiedziała, mocniej ściskając jego rękę. – I po prostu mi zaufaj.
- Ostatnim razem, kiedy to powiedziałaś, tonęliśmy po kolana w błocie, w bliżej niezidentyfikowanym miejscu gdzieś w Zakazanym Lesie – burknął, mimo wszystko zaciskając powieki.
- Teraz wiem co robię, zaufaj mi. To nie potrwa długo.
„Mam nadzieję” pomyślał, potulnie idąc za ciągnącą go Krukonką. Po kilku minutach szybkiego marszu zaczął przyzwyczajać się do monotonnego tempa. I wtedy się potknął; zaczął kląć pod nosem, że durny Merlin z całą pewnością go nie znosi i mści się za to, że zostawili Juniora samego w dormitorium Puchonów i że biedaczek pewnie już zdążył przez przypadek coś podpalić, po czym nie otwierając oczu wstał i ruszył dalej. Kiedy zaczął już myśleć, że idą już co najmniej kilka godzin, a ich wyprawa najprawdopodobniej nigdy się nie skończy, Evey zatrzymała się.
- Możesz otworzyć oczy. – usłyszał jej głos i poczuł, że ściska jego rękę coraz mocniej.
Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył był nagrobek.
- Chcę cię przedstawić mojej mamie.
Elisabeth Muller.
Zmarła 28 listopada 2001r.
Dimitry mocno objął brunetkę ramieniem.
- Mamo, to jest Dimitry. Mówiłam ci o nim – powiedziała prawie wesoło, opierając głowę o jego obojczyk.
- Dzień dobry, pani Muller. – Uśmiechnął się do szarego kamienia – Pewnie jest pani dumna, mając taką córkę, jak Everild.
Fala chłodnego, jesiennego powietrza uderzyła Evey prosto w twarz; dziewczyna zmrużyła oczy. Mama wiedziała, że tu jest. Była tego pewna.
Ta dam! Napisałam, choć nie minęły obiecane dwa lata. Może i to coś powyżej nie jest wybitne, a sama nie nazwałabym tego nawet dobrym, ale jestem zadowolona. I nawet mam kawałek nowego rozdziału, tralalala. Plan logistyczny na najbliższe części: brak.
Ogłoszenia drobne: POSZUKUJĘ BETY. PILNIE. Przestając pisać dużymi literami, będę dozgonnie i bardzo wdzięczna.
Komentarze (53), Dodaj
marzyć o niemożliwym
Bohaterowie Księga Dodaj
rozdziały
O. PrologI. Jedenasta trzydzieści pięćII. Osiem miesięcyIII. Dimitry
IV. Tiffany - w przygotowaniu
szablon
Wykonała zdeterminowana
Mi tylko dla
nolens-volens.mylog.pl. Materiały wykorzystane:
klik,
klik,
ornament. Więcej na
Goodies For Everyone.